Burmester nie wierzy w zmiany na rzecz… samej zmiany, w związku z tym najnowsza końcówka mocy 036 jest już na rynku od dekady. Stan Curtis sprawdza czego jest warta.

Burmester Audiosysteme zostało założone w Berlinie w 1977 przez Dietera Burmestera i jest jak mi się wydaje przodującym producentem high endowego audio w Niemczech. Mimo tego ich produkty były trudne do znalezienia w Brytyjskich sklepach na przestrzeni ostatnich lat. Zmieniło się to niedawno, gdy pojawiła się mała choć entuzjastyczna sieć dilerów. Burmester produkuje cztery modele stereofonicznych końcówek mocy. Największa, model 909 charakteryzuje się mocą 600W, podczas gdy recenzowany mniejszy i nowszy 036 ma 170W/kanał przy 4 om i 100W przy 8 om. Należy on do opłacalnej w zakupie serii produktów Classic.

Można było się spodziewać wzorowego projektu i wykończenia na najwyższy standard. Duża ilość obrabianego aluminium anodowanego ma kluczowy wpływ na 25kg masę wzmacniacza. Logo firmowe umieszczone na pokrywie górnej również jest anodowane. Wzmacniacz jest elegancki, choć warto mieć na uwadze, że niektóre jego krawędzie są ostre, o czym można przekonać się podczas wypakowywania.

Wewnątrz również jest skonstruowany z oczekiwaną dokładnością. Większość przestrzeni jest zajmowana przez płytkę zasilacza, na której mieszczą się 24 kondensatory oraz toroidalny transformator zamknięty w puszce ekranującej. Kolejna płytka zajmująca miejsce przy panelu tylnym obsługuje wszelkie połączenia wejściowe i wyjściowe, oraz filtrację napięcia wejściowego.

Płytki wzmacniacza zostały przytwierdzone do radiatorów za pośrednictwem miedzianych płaskowników. Każda z nich została wyposażona w dwie pary bardzo szybkich tranzystorów mocy firmy Toshiba, które pracują w ramach swoich możliwości. Producent nie informuje o konstrukcji wzmacniacza, jednak można się spodziewać, że 60W, które pobiera w trybie jałowym ma odzwierciedlenie w kilku pierwszych watach w klasie A.

Na panelu przednim wzmacniacza znajduje się przełącznik obok którego są dwie diody LED – jedna sygnalizuje pracę, a druga tryb standby. Na panelu tylnym umieszczono parę gniazd głośnikowych dla każdego z kanałów oraz gniazdo wejściowe XLR (w zestawie są też przejściówki RCA). Burmester zaleca korzystać z wejść zbalansowanych. Oprócz tego są gniazda zasilające i sterujące „remote” oraz gniazdo słuchawkowe 6,3mm, które wycisza wyjścia głośnikowe.

Minęło już kilka lat odkąd słuchałem jakiegoś wzmacniacza tego producenta poza wystawą, więc nie mogłem się doczekać sprawdzenia jego możliwości. Nie było powodów do zmartwień, bo już pół godziny po włączeniu zostałem pochłonięty odsłuchem.

Stali czytelnicy wiedzą, że lubię muzykę organową, jednak często brzmi ona zbyt łagodnie lub ciężko. Wszystkie organy brzmią inaczej, a często nawet te same potrafią zagrać odmiennie w zależności od temperatury, strojenia czy przecieków powietrza. Dzięki temu jest tak dużo smaczków do wychwycenia podczas recitalu organowego. Słuchałem Christophera Herricka grającego Concertstuck No1 in the form of a Polonaise i była w nim zaprezentowana pełnia życia oraz niemalże szuranie z pedałów napędzających organy. Mogłem sobie wyobrazić tego starego showmana pochłoniętego odtwórstwem utworu z absolutnym zaangażowaniem. Ten sam organista grający „A Trumpet Minuet” Alfreda Hollinsa zaprezentował mistrzostwo na tym naprawdę skomplikowanym w sekcji pedałów utworze. Zamiast huczącego i buczącego basu było słychać dobrze artykułowane nuty, jakby były tworzone przez niższe klawisze fortepianu. 

Następnie przeniosłem się na bluesa, a mało co jest bardziej bluesowe od Elmore’a Jamesa śpiewającego „Dust My Broom”. Ok., może nie jest to najlepsze nagranie od strony technicznej gdyż prawdopodobnie zostało przeniesione prosto z winylu. Ma w sobie jednak całe połacie życia, a zniekształcenia i podbarwienia tu i tam wtapiają się w całość, jakby wokalista po prostu przesadził z ilością przepełnionych smołą papierosów.

W tym momencie wiedziałem już, o zaletach i wadach tego wzmacniacza. Po pierwsze podczas odtwarzania niezbyt dobrego nagrania wzmacniacz ten przekazuje wszystko w trzech wymiarach. Tworzy on wyjątkową scenę: głęboką, szeroką i oprócz tego ma ona rzadką cechę przestrzeni pomiędzy instrumentami. Z tego tylko powodu mógłbym polecić ten wzmacniacz. W recenzji nie chodzi jednak o to, by znaleźć jedną wyjątkową cechę.

Dźwięk jest odkrywczy i to bardzo, choć wiąże się z tym tonalna jasność. Nie jest to nic, co by mnie martwiło, bo lata słuchania rocka spowodowały naturalne zmniejszenie czułości mojego słuchu na wysokie częstotliwości. Barwa wzmacniacza stwarza początkowo wrażenie nieobfitości basu, które wkrótce zanika. Tak naprawdę bas jest czysty, szczegółowy i dobrze kontrolowany, więc nie ma nawet cienia dudnienia.

Zacząłem podejrzewać, że mam do czynienia ze wzmacniaczem, który jest w stanie odkryć całe warstwy ze skomplikowanych nagrań, więc zwróciłem się do kilku utworów, w których scena została stworzona w sposób całkowicie sztuczny, za pomocą konsoli mikserskiej. Na pierwszy ogień poszło: „Art of Noise” od Crusoe,  następnie: „My Brain Is Like a Sieve” Thomasa Dolbiego, a na koniec stosunkowo mało znane wykonanie „avane pour une Infante 
Defunte” Williama Orbita stworzone wyłącznie za pomocą elektronicznych klawiszy. W każdym wypadku komunikacja była niczym objawienie, przestrzeń tworzona pomiędzy muzycznymi pasmami pozwalała wcześniej nieznanym dźwiękom przedostawać się na wierzch.

Po wypróbowaniu tego wzmacniacza z szeregiem różnych źródeł i kolumn wywnioskowałem, że 036 klasyfikuje się w przedziale urządzeń bardzo dobrych do doskonałych. A miał jeszcze wiele do pokazania. Gdy wreszcie zestawiłem go z komplementarnym odtwarzaczem CD Burmestera w trybie w pełni zbalansowanym rezultaty okazały się być magiczne. Nie ma słów, by to określić. Zostałem oczarowany i z tego powodu poddałem się nocnej sesji odsłuchowej starych i dawno nie słuchanych płyt. Z 1968 miałem Steviego Winwooda śpiewającego „No Face, No Name, No Number”, które przemieniło się z 2D do 3D i wciągnęło mnie do sesji w całości razem ze słyszalnymi, choć nieważnymi zniekształceniami taśmy. Mogłem niemalże poczuć zapach tej sesji nagraniowej. Następnie dla odmiany włączyłem „Gimme All Your Lovin’ ” od ZZ Top, które zademonstrowało, że 036 może grać bardzo głośno i nadal mieć nad wszystkim kontrolę. Brzmienie było twarde, szybkie i agresywne i dobrze, bo tak grali ZZ Top, co mi odpowiadało.
Moją kolejną muzyczną słabością są wokale kobiece i w tym wypadku nie ma znaczenia czy słuchamy Joan Sutherland, Karlę Bonoff, Dolly Parton, Faryl Smith czy Debbie Harry. Słuchając na tym systemie po prostu zakochałem się w fakcie, że wokale były przekazywane ze świetną teksturą i realnością. Wiele nagrań później zdecydowałem się stonować nieco i włączyłem stare, ulubione nagranie „I Won’t Grow Up” Rickie Lee Jones. Oczywiście ona zawsze prezentuje się świetnie, a jej głos wydaje się być zaprojektowany do demonstrowania systemów hifi. Niewiele razy słyszałem, żeby to nagranie brzmiało tak intymnie i jednocześnie radośnie. Wystarczyło mi już subtelności na jeden dzień, więc włączyłem „Dark Side of the Moon” Floydów i przesłuchałem cały album od krańca do krańca. Kto powiedział, że hifi nie żyje?!

Jako wzmacniacz mocy Burmester 036 jest wprost doskonały. Nie „trochę” czy „jakby” albo „za wyjątkiem”. Po prostu robi swoją robotę. Gdy wpiąć go w system Burmestera mamy do czynienia z objawieniem. Podsumuję: prawdopodobnie domyślacie się Państwo, że projektanci sprzętu audio mają ego w sprawie swoich własnych produktów. W tym wypadku chciałbym móc się pochwalić, że zaprojektowałem ten wzmacniacz. –Stan Curtis, www.HIFICRITIC.com, III kw. 2013