Marka Vincent - myślę, że większość osób interesujących się "audio" o niej słyszała. Dla przypomnienia dodam, iż twórcą jest Niemiec Uwe Bartel, współwłaściciel firmy Sintron, która w swojej ofercie ma również konstrukcje typowo lampowe firmowane jako T.A.C.

Założenie twórcy Vincenta było proste, stworzyć urządzenia o nieprzeciętnym stosunku jakości do ceny, do tego solidne i atrakcyjne wzorniczo. Udało się, chociaż początki nie były łatwe. Pomysły, projekty oraz prototypy powstają w Niemczech, natomiast ich produkcja od samego początku odbywa się w krainie Wielkiego Muru. Wcale nie było łatwo znaleźć odpowiednią obsługę produktową, która wymagała przede wszystkim mentalnego przestawienia się na styl zachodni i dostosowania do niej jakości. Dzisiaj wygląda to inaczej. Myślę, że osoby użytkujące produkty tej firmy wiedzą o czym piszę.

Vincent SV 800 to najnowszy model wzmacniacza zintegrowanego tej marki. Jest on najwyższą w ofercie firmy hybrydą. Flagowiec uzupełnia linię „Premium”, która ma już w swojej ofercie : przedwzmacniacz (SA-T8), monofoniczne końcówki mocy (SP-T80), tuner FM (STU-8) oraz odtwarzacz CD (CD-S8).

W modelach „Premium – Line” zastosowano gruby aluminiowy front panel, który w górnej części został wyfrezowany w kształcie półkola . Tu od razu pragnę uświadomić osoby, które sugerując się zdjęciami produktowymi myślą, że to załamanie linii. Nic z tych rzeczy, przedni panel jest jednolity. Przeglądając materiały reklamowe spodziewałem się wyprofilowanego panelu, a tu zaskoczenie.

Przyznam, że gdy dowiedziałem się o nowej hybrydzie Vincenta chętnie podjąłem się jego oceny. Mam sentyment do tej marki, ponieważ osobiście używam od ok trzech lat bardzo udanego moim zdaniem modelu 226mkII. To właśnie on będzie głównym punktem odniesienia w stosunku do 800-ki. Oczywiście były również przeprowadzane odsłuchy na innych wzmacniaczach w zbliżonym budżecie, m.in. Luxman A-507, McIntosh MA 6900, oraz na końcówce mocy Vincenta SP 331mk.

Budowa:

Vincent przywiązuje sporą wagę do budowy swoich produktów. I tym razem nie zawiódł. 800-tka to kawał solidnego kloca! Przedni panel jest aluminiowy i liczy sobie 10mm, tyle co tabliczka czekolady. Sama wysokość to 19.5cm (mierzone ze stopkami) oraz głębokość 45cm (mierzone do krawędzi terminali głośnikowych) dodatkowo waga 26.5kg sprawia, że niejedna końcówka mocy mogłaby nabawić się kompleksów. Do tego zewnętrzny minimalizm. Na froncie znajdziemy tylko dwie duże gałki, jedna odpowiada za wybór źródła (6 pozycji) druga wzmacnia sygnał. Poniżej trzy malutkie przyciski załączające: wybór pary kolumn A i/lub B, oraz aktywację pracy wzmacniacza w czystej klasie "A" Jest tam jeszcze oczko podczerwieni do sterowania pilotem i centralnie ulokowany przycisk załączający wzmacniacz.

Po bokach umieszczono radiatory odprowadzające nadmiar ciepła i muszę przyznać, że mają co odprowadzać. Wzmacniacz pracujący w klasie AB wydziela sporo ciepła, natomiast po włączeniu klasy A śmiało może służyć jako ogrzewacz powietrza. Przekłada się to niestety na większe zużycie energii. Przy pomiarach w trybie włączonym zużywa ok. 170 wat w klasie AB, oraz 320 wat w klasie A.

Dla porównania dodam, iż Vincent SV 226mkII przy włączeniu zadowala się 45 watami, a po przekręceniu gałki do poziomu godziny 9-tej zużycie wynosi ok. 60 Wat. Przy bardzo głośnym graniu nie przekracza 90 wat. W 800-tce wartość jest stała bez względu na poziom głośności.

Tył wzmacniacza ukazuje nam widok podwójnych terminali głośnikowych (akceptujących wszystkie rodzaje wtyków), które możemy wykorzystać w bi-wiring, lub podłączyć drugą parę kolumn. Dalej mamy pięć złoconych, solidnych gniazd RCA i jedno w pełni symetryczne XLR. Jest też wyjście PRE-OUT do podpięcia zewnętrznej końcówki mocy.

Producent deklaruje, iż cały układ nowej hybrydy został zaprojektowany od podstaw jako konstrukcja typowo lampowa a jedynie ostatni stopień pracuje w układzie tranzystorowym. W 800-tce znajdziemy aż osiem lamp pracujących w przedwzmacniaczu. Cztery to dobrze już znane z zastosowań we wcześniejszych modelach Vincenta - 12AX7, pozostałe to 12AU7. Szkoda tylko, że jak na model flagowy zamontowano tam chińskie bańki. Tutaj aż prosi się o coś bardziej wysmakowanego, zatem osobom decydującym się na zakup hybrydy od razu sugeruję wymianę na coś ambitniejszego. Wiem z autopsji jak te chińskie żaróweczki mogą ograniczyć jakość przekazu. Już zamiana na chociażby Tung-Sole z bieżącej produkcji wniesie sporo ogłady i wyrafinowania muzyce.

Co w trawie piszczy...? 

Po zdjęciu górnej pokrywy oczom naszym ukazuje się wypełniony po brzegi elektroniką widok hybrydowego flagowca. Tak na marginesie pokrywa mogłaby być grubsza, albo lepiej wytłumiona od wewnątrz – przy drganiach potrafi hałasować. Wzmacniacz ma 19.5 cm wysokości i proszę wierzyć, praktycznie cała ta powierzchnia jest zagospodarowana.

Zacznę od zasilania z którego Vincent słynie. Największą część zajmuje potężny transformator toroidalny osłonięty ekranem w postaci metalowej puszki. Po obu stronach umieszczono kondensatory filtrujące o pojemności 80.000uF, jest ich w sumie osiem. W stopniu końcowym zastosowano 16 tranzystorów Toshiby spolaryzowanych głęboko w klasie A i pozbawionych sprężenia zwrotnego. Dzięki temu 800-tka dostarcza 100 W przy obciążeniu 8 Ohm. Przy 4 Ohm wzrasta do 160 W a w klasie A oddaje 50 W. Takie obciążenia wymagają odpowiedniej wentylacji. Za chłodzenie odpowiadają dwa zgrabne radiatory umieszczone po bokach tworząc całość z obudową. Na deser zostaje układ przedwzmacniacza w którym ulokowano 8 lamp próżniowych made In China.

Podsumowując projekt wewnętrzny na słowa uznania zasługuje podział elementów oraz przemyślane ich oddzielenie metalowymi ściankami, które pełnią funkcję ekranu, co w przypadku wzmacniaczy hybrydowych ma duże znacznie.

Brzmienie :

„You go to my head” z płyty the best Diany Krall - tym utworem zacząłem test. Jest to mój ulubiony roboczy krążek. Na stronie polskiego dystrybutora jest krótka wzmianka na temat dźwięku Vincenta SV-800  „…W efekcie udało się uzyskać dźwięk o bardzo dużej rozdzielczości, przy jednoczesnym bardzo przyjemnym odcieniu, pozbawionym jakichkolwiek ostrości. Dźwięk jest bardzo muzykalny, co wynika nie tylko z gładkości, ale bardzo dobrej spójności brzmienia”

Jeżeli miałbym się do tego odnieść, to - prawda.

Znaczenie słowa „rozdzielczość” w przypadku dźwięku można interpretować na wiele sposobów, nie zawsze jest jednoznacznie rozumiane i postrzegane. Osobiście nie lubię zbytnio rozdzielczego i analitycznego dźwięku. Zanim trafił do mnie owy model, czytając opis na stronie dystrybutora nabrałem lekkiego dystansu. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie. Owa rozdzielczość przejawia się w tym przypadku rozciągnięciem czarnego tła, co przekłada się na świetne uporządkowanie sceny dźwiękowej, jej rozdzielenie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tu mowy o brzmieniu analitycznym, surowym, czy klinicznym, uff! Pierwsze próby odsłuchu, gdy wzmacniacz nie był jeszcze wygrzany nie były zbyt pomyślne. Niższy środek był osuszony, bas miał zbyt duże proporcje i problemy z kontrolą, a góra…? Góra była od początku ciekawa. Mając nadzieję, że kolejne godziny wygrzewania przyniosą poprawę, Vincent pracował dalej… W sumie grał ok. 80-100 godzin. Po tym czasie środek zyskał, stał się bardziej plastyczny, analogowy, namacalny, bezpośredni, zachowując przy tym naturalną barwę co słychać zwłaszcza na damskich wokalach. Niski zakres również uległ poprawie, stał się bardziej zwarty, uporządkowany o większej dyscyplinie. Tutaj od razu pragnę zaznaczyć, iż jak większość hybryd Vincenta, i model SV 800 prezentuje brzmienie o ocieplonym i lekko spowolnionym (nie mylić z uspokojonym) charakterze. Osoby szukające punktowego basu, szybkiego ofensywnego grania, cóż… muszą szukać dalej. Vincent demonem szybkości nie jest. Dla mnie to zaleta, bardzo odpowiada mi taka estetyka grania.

Wracając do opisu na uwagę zasługują ogromne możliwości dynamiczne hybrydy, które przejawiają się ogólną siłą przekazu. Oddech, namacalność, naturalność to cechy, które nadają wzmacniaczowi muzykalność i fajną barwę. Górny zakres prezentuje wysoki poziom, jest kulturalnie oddany. Nie ma mowy o popadaniu w nieprzyjemne, ostre, czy też nachalne granie. Wysokie tony są taktownie doświetlone, jest przestrzeń, powietrze, wyrafinowanie, całość tworzy naprawdę wciągający, spójny charakter.

Tutaj pragnę ponownie podkreślić to co wyróżnia Vincenta SV-800 na tle innych wzmacniaczy – czarne tło. Tam gdzie ma być cisza – jest cisza, gdzie ma być spokój – jest spokój. Dzięki temu z łatwością lokalizujemy źródła pozorne. Całość sprawia wrażenie dźwięku oczyszczonego ze wszystkich niepożądanych szumów nie tracąc przy tym na muzykalności. Brzmienie Vincenta, a właściwie sposób w jaki rozdziela pasmo, kojarzy mi się z wafelkiem przekładanym czekoladowym nadzieniem. Po rozpakowaniu widać wafel, pod nim warstwę czekolady, poniżej znowu wafel i czekolada …itd. Całość jest klarowna a zarazem smaczna. Niektóre wzmacniacze porównałbym do wafla z nadzieniem waniliowym. Tu również są warstwy, ale już nieco zamazane, wanilia zlewa się z waflem tworząc nieco mdły obraz przekazu. W 800-tce świetnie udało się połączyć efekty przestrzenne z ich naturalnością. Stereofonia, rozciągnięcie sceny, bezpośredniość wybrzmiewania jest na dobrym poziomie. Charakterystyczny, zarazem bardzo przyjemny w odbiorze jest przekaz „do słuchacza” w przypadku tego wzmacniacza.

Niektórzy pewnie pokuszą się o określenie jego brzmienia jako 3-wymiarowe, ja byłbym tutaj bardziej powściągliwy. O ile dużo informacji dociera do nas na pierwszym planie o tyle drugi plan jest nieco wyciszony. Vincent kładzie nacisk przede wszystkim na granie „do przodu”. Stereofonii nie mam nic do zarzucenia. Efekty przestrzenne są kierowane do słuchacza, mniejszą wagę 800-tka przywiązuje do rozciągania muzyki w szerz. Są wzmacniacze, którym wychodzi to lepiej. Przydałoby się więcej „powietrza” w dźwięku, więcej jego rozpylenia. Być może jest to efekt wspominanego czarnego tła, które wyciszyło ten element, a może to ograniczenie spowodowane seryjnymi lampami? Wiem z autopsji jak dużo dobrego może wnieść wymiana na coś lepszego. Z moim 226mkII przerabiałem kilka różnych zestawień i żałuję, że nie mam możliwości sprawdzenia tego tutaj.

Klasa „A”

Producent deklaruje możliwość pracy wzmacniacza w czystej klasie A. Z danych technicznych wynika, iż oddaje on wtedy do 50 wat. Aktywując przycisk „class A” wzrasta wspomniane zużycie energii prawie dwukrotnie, wzrasta również temperatura urządzenia - wtedy lepiej żeby nic na nim nie stało, trzeba również zwrócić uwagę na nasze brzdące. To tyle jeżeli chodzi o odczucia organoleptyczne.

Jeżeli zaś chodzi o brzmienie, różnice są subtelne. Z porównaniem sugerowałbym zaczekać kilkanaście minut od momentu włączenia przycisku aktywującego - po tym czasie zaczyna być lepiej. Poprawia się wybrzmiewanie instrumentów, pogłosy są ciut dłuższe, wokale ciut cieplejsze, kontury bardziej zaokrąglone a całość nabiera cieplejszych barw. Nie są to jednak różnice spektakularne, raczej symboliczne.

Wśród czytających recenzję znajdą się pewnie osoby, które będą ciekawe czym różni się „flagowiec” od tańszych hybryd Vincenta i czy różnica w cenie jest zasadna? Już odpowiadam. SV 226mkII (po wymianie lamp na 12AX7 Tung Sol Gold) w stosunku do SV 800 mówiąc kolokwialnie jest bardziej chaotyczny i bałaganiarski. Słychać mgiełkę, którą w droższym modelu zdjęto. Góra nie dysponuje taką precyzją i rozdzielczością, środek w stosunku do 800-ki jest delikatnie cofnięty, bas dysponuje mniejszą kontrolą. Ogólnie rzecz biorąc droższy Vincent gra "czyściej" i dokładniej. Z kolei więcej powietrza jest w tańszym modelu przez co drugi plan jest lepiej słyszalny. Być może to efekt wspomnianej plątającej się mgiełki... Chcąc rzetelnie porównać te dwa modele należałoby zastosować takie samy lampy w obu urządzeniach.

Konkluzja :

„Ayo” wylądowała w odtwarzaczu jako druga, za nią Michael Buble, Cassandra Wilson, Jean Michel Jarre w świetnej jazzowej interpretacji… Nawet Rysio Riedel zagrał fantastyczny koncert!

Vincent przyzwyczaił nas do niedrogich urządzeń a tu takie zaskoczenie. 15.000zł za hybrydę to dużo czy mało? Dużo, bo są tańsze, mało bo to model flagowy. Poza tym za taką kasę można już mieć coś bardziej prestiżowego. Wybór jest duży, a Vincent jest chiński - pewnie tak zareagowałaby większość z nas na myśl o uszczupleniu budżetu o taką kwotę. Drodzy czytelnicy, wybór faktycznie jest duży. Są wzmacniacze, które wzmacniają - tak ich rola, są też wzmacniacze, które dają coś więcej... Co takiego? Muzykalność połączoną z naturalną barwą. Bez pośpiechu, nachalności, sztuczności. Magicznie wciągające. Do takich można zaliczyć SV-800.

Flagowy Vincent śmiało może konkurować z innymi prestiżowymi konstrukcjami zarówno w tym budżecie jak i w znacznie droższym, wstydu nie będzie, będzie zaskoczenie. Kończąc dodam tylko, że jeżeli dotarliście do tego momentu, przeczytaliście całą recenzję za co Wam dziękuję. Tym bardziej jest mi miło, bo jesteśmy pierwsi w Polsce z oceną Vincenta SV-800. -Rafał Golec