Wzmacniacz SV-236MK

Wzmacniacz Vincent SV-236MK jest bardzo duży i ciężki. Tym razem w okienku widzimy lampę wejściową, a po jej obydwu stronach cztery gałki - z prawej selektora wejść i siły głosu, z lewej regulacji barwy dźwięku. Na pokrętle wzmocnienia jest mała czerwona dioda, która informuje o tym, że nagrzewają się lampy - potem gaśnie, a szkoda, bo pokazywałaby położenie.

Niebieskie diody wskazują wybrane wejście, obok nich są dwa małe przełączniki - jednym aktywujemy regulację barwy dźwięku, a drugim włączamy dodatkowy układ korekcji "loudness". W środku zagłębienia ulokowano mechaniczny wyłącznik sieciowy.

Mamy tu sześć par wejść liniowych, dodatkowe dwie pary RCA tworzą wejście na końcówkę mocy i wyjście z przedwzmacniacza. Wnętrze wzmacniacza Vincent SV-236MK, podobnie jak odtwarzacza Vincent CD-S7 DAC, zostało podzielone metalowymi blachami. Widać tu zaangażowane ekranowanie każdego stopnia w układach wejściowych i zasilających - w osobnych, pełnych ekranach mamy przekaźniki wejściowe, potencjometr z napędzającym go silniczkiem, a także lampę wejściową.
Sygnał z wejść trafia na wspomnianą płytkę z przekaźnikami - gniazda są do niej wlutowane. Potem, długimi kabelkami, biegnie do lampy wejściowej (podwójnej triody 12AX7B), a dalej do potencjometru (czarny Alps). Wreszcie trafia na płytkę z przedwzmacniaczem - ten zbudowano na dwóch lampach, takich jak lampa na wejściu. W końcówkach pracują dwie pary komplementarne Sankenów 2SA1386+2SC3519.

W środkowej "komorze" znajduje się bardzo duży transformator toroidalny i kondensatory filtrujące preampu.

Odsłuch

Vincent nawiązuje do szkoły brzmienia, która w latach 80. i 90. była nazywana "brytyjską". To ciepły, jednoznacznie spokojny i nieodwracalnie "ustawiony" dźwięk. Wrzucamy w zasadzie dowolną płytę (wyjątki tylko potwierdzają regułę) i słyszymy to samo: dominację środka, mocny bas, delikatną górę. I spokój, który nie oznacza generalnej utraty dynamiki, lecz jej, umownie rzecz ujmując, zaokrąglenie.

Wprawdzie remiksy Depeche Mode "Remixes 2" brzmią w bardziej motoryczny, "klubowy" sposób niż "Goodbye" duetu Anita Lipnicka&John Porter, która ma zamierzony, melancholijny nastrój, to jednak w ramach danej płyty temperatura staje się podobna. Z jednej strony to rzecz nawet pożądana, bo płyta ma spójny charakter, z drugiej - to wyraźne ukształtowanie dźwięku. Wyraźne, ale nie karykaturalne.

Wprawdzie średnica zawsze jest na pierwszym planie, to jednak nie zawsze jest taka sama; nie jesteśmy skazani na łagodne ciepło, niezależnie od płyty.

System potrafi błysnąć szczegółami, pokazać wyraźną artykulację, choć zawsze doda do tego nasycenie niskich rejestrów - i wtedy jest najprzyjemniej. Z tymi szczegółami bym nie przesadzał, rozdzielczość nie jest tu najważniejsza, dominuje gładkość i plastyczność. "Meloman projektowany" dla systemu Vincenta to ktoś, kto szuka w muzyce emocji, ale równocześnie ukojenia.

Muzyka to różne emocje, to często adrenalina, ale duża część ludzi, którzy od czasu do czasu chcą czegoś posłuchać, wymaga od systemu właśnie tego - nie batów, ale uprzejmości. Jeżeli tak ustawimy priorytety, trudno będzie znaleźć urządzenia w tym zakresie ceny, które robiłyby to w równie dobry sposób. -Wojciech Pacuła